Hello and Welcome!
Zauważyłem u siebie dziwną rzecz. Otóż nie wytrzymam więcej jak 3 tygodnie bez grania w gry od Namco z jednej konkretnej serii – Ace Combat. Jakiś czas temu katowałem Ace Combat X: Skies Of Deception na PSP, napisałem jego reckę i odstawiłem samoloty na bok. Na próżno, albowiem ledwie trzy dni temu przeglądając moją kolekcję tytułów na PS2, zauważyłem Ace Combat ZERO: The Belkan War. Pochwyciłem pudełko z grą, władowałem płytkę do czarnuli i jazda. W tym wszystkim najbardziej zabójczy jest fakt, że raptem wczoraj zapłaciłem prawie 400zł za Guitar Hero III i ani myślę, by grać na PS3 w ową grę. DualShock2 w łapska i jedziemy z Ace Combat. I chyba doszedłem do tego, czemu tak ciągnie mnie do Ace Combat. To proste – jestem samolotowo-powietrznym świrem. Mam totalnego fioła na punkcie chmur, nieba, wzbijania się w powietrze, wszystkiego co głośne (pokażcie mi cichy myśliwiec, a ja pokażę Wam zielonego psa), szybkości i pojedynków powietrznych. Ace Combat daje mi wszystko naraz, dodatkowo okraszone dobrą fabułą i znośnym AI przeciwników (poziom Ace, na innych nie gram, chyba że muszę odblokować). Jedyny mankament to kiepskie tekstury ziemi, ale powiedzmy że dają radę. Miałem okazję dwa razy podróżować samolotem i zapisało się to złotymi zgłoskami w moich doświadczeniach życiowych. Przyspieszenie przy starcie, widoki z góry (Wierzcie lub nie, Europa z 9500 metrów jest piękniejsza niż wszystkie te cholerne budowle ze starymi przewodnikami razem wzięte) i dużo światełek w kabinie pilotów
Wybaczcie, może to nieco wyolbrzymione, ale będąc tam, w górze, czułem się jak nadczłowiek. Wysokość, patrzenie na wszystkich z góry i błogi uśmiech goszczący na mej twarzy, gdy patrzyłem jak prędkościomierz dobija 480knot’ów (mile nautyczne, ok 900kph). Boskie. Jeśli ktokolwiek, kiedykolwiek zaproponuje mi przelot myśliwcem bojowym, to choćbym miała to być ostatnia rzecz jaką zrobię w życiu – pójdę na to.
Samoloty SĄ fajne. I nikt mi nie udowodni, że tak nie jest.
Take Care.
